Ma zaledwie 26 lat, a już jest poszukiwana przez prokuraturę i policję listem gończym. Barbara Wójcik jest podejrzana o rozbój. Młoda kobieta może trafić za kraty nawet na dwanaście lat.
Wyświetl profile specjalistów o nazwisku „Joanna Polak” na LinkedIn. 50+ specjalistów o nazwisku „Joanna Polak” korzysta z LinkedIn, aby dzielić się informacjami, pomysłami i możliwościami kariery.
Nie żyje Julian Huta. Po raz kolejny niezwykle smutne wiadomości dotarły z Gorlic. Kilka dni temu informowaliśmy o śmierci Mieczysława Kormanka – byłego radnego oraz weterynarza, którego znali niemal wszyscy. Niestety, właśnie odeszła kolejna zasłużona dla lokalnej społeczności osoba.
Nie żyje 24-letni Polak. Tragedia w Biedronce. Nie żyje klientka. Tragedia na polu. 12-latek przygnieciony przez ciągnik. Tragedia w Tatrach. Polak spadł z 50 metrów
Żegna ją Teatr Powszechny w Warszawie. Nie żyje Joanna Wichowska. Zrobiła wiele dla Ukrainy. Data utworzenia: 24 marca 2022, 17:52. Joanna Wichowska, zasłużona dla polsko-ukraińskiej
Nie żyje syn posłanki PO Magdaleny Filiks. Małgorzata Rozenek i Joanna Racewicz są ZDRUZGOTANE 05.03.2023. Bestialskie metody zapładniania. Kobiety miały rodzic dzieci, aby zapewnić siłę
W pięciu wyszli dziś ze szkoły, chcieli przejechać się autem. Ujechali zaledwie kilkaset metrów. Dwaj - kierowca i pasażer - zginęli. Alfa Romeo, którym jechali zderzył się z dostawczym furgonem. Uczniowie mieli po 18 lat. Policjanci próbują dojść do tego, jak doszło do tragicznego wypadku w Gorlicach.
Joanna Jóźwik to znana i utytułowana biegaczka specjalizująca się w dystansie 800 metrów. Wielokrotna medalistka mistrzostw Polski i Europy często jest w rozjazdach ze względu na starty, ale ceni sobie domowe zacisze. Zobacz na zdjęciach, jak mieszka i żyje na co dzień Joanna Jóźwik.
Joanna Polak – reżyserka i animatorka. Urodzona w Lublinie. Ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Lublinie i Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu na Wydziale Komunikacji Multimedialnej. Dyplom mgr sztuki ze specjalnością film animowany uzyskała w 2003 r. W 2011 r. obroniła pracę doktorską na Uniwersytecie Marii Curie
The best result we found for your search is Joanna M Polak age 50s in Niles, IL in the Ransom Ridge neighborhood. They have also lived in Chicago, IL. Joanna is related to Lester Anthony Polak and Angie Polak as well as 2 additional people. Select this result to view Joanna M Polak's phone number, address, and more.
PQjl. W Prokuraturze Rejonowej w Gorlicach zakończyło się przesłuchanie 46-letniego mężczyzny podejrzanego o dwukrotny gwałt na 13-letniej córce jego partnerki. Mężczyzna usłyszał zarzut dwukrotnego popełnienia tej zbrodni. Prokurator wnioskuje o areszt tymczasowy dla mężczyzny. Ten nie przyznaje się jednak do Tragedia w BukowinieDo dramatu, które przeżyło dziecko, doszło w bloku jednego z gorlickich osiedli. - Dziewczynka była chora i przebywała z konkubentem matki w mieszkaniu, podczas kiedy matka była w pracy - mówi Tadeusz Cebo, prokurator Prokuratury Rejonowej w wówczas, 7 i 10 lutego, mężczyzna miał zgwałcić dziewczynkę. Ta jednak o pierwszej sytuacji nie przyznała się matce. Dopiero w miniony poniedziałek, gdy mężczyzna znów dopuścił się zbrodni na dziecku, matka dowiedziała się o wszystkim i natychmiast poinformowała o sprawie którzy dotarli na miejsce zdarzenie w poniedziałek wieczorem mieli problem, by porozumieć się z 46-latkiem. Co więcej, musieli go przenieść z łóżka do samochodu służbowego. 46-latek był bowiem kompletnie pijany. Okazało się, że ma blisko 4 promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Niepijący od kilku lat alkoholik był obecnie w ponad miesięcznym dziecka nie był obcy. Z matką dziewczynki był bowiem od kilku już lat, choć w Gorlicach przebywał okresowo, ze względu na pracę za spędził dwie noce w areszcie, dopiero w środę był przesłuchiwany, podobnie jak dziewczynka, która wcześniej przeszła badanie O postawieniu zarzutów dwukrotnego gwałtu i tym samym złożeniu wniosku o areszt tymczasowy zdecydowało właśnie przesłuchanie dziecka - mówi prokurator nie przyznaje się do winy. Za zbrodnię o którą jest podejrzany, czyli gwałt na osobie do 15. roku życia, grozi mu od trzech do 15 lat pozbawienia wolności. To groźni przestępcy! Lista Polaków poszukiwanych przez Inte... Gorlice. Stary szpital zmienia swoje obliczeAlbum „Kolej na Stary Dworzec”, czyli doprawiona historiaTu niemal codziennie jest małe Boże Narodzenie ZDJĘCIAZakonnik miał wysyłać ministrantowi pornograficzne zdjęciaKlęczany. Gmina wydała milion złotych. Mają przedszkoleGorlice. Adam P. skazany za łapówkarstwoPolecane ofertyMateriały promocyjne partnera
Podczas pracy nad książką Joanna Górska i Robert Szulc pisali oddzielnie, nie czytając swoich tekstów. Zależało im na pokazaniu swojej historii z różnych perspektyw Zdaniem dziennikarki, by przejść przez walkę z chorobą, najistotniejsza jest "silna głowa", zapoznanie się z chorobą, bazując na wiarygodnych źródłach i starany dobór lekarza, który poprowadzi leczenie Osoby, które towarzyszą chorym w czasie leczenia, również wymagają pomocy psychoonkologa, lecz wiele z nich nie zdaje sobie sprawy, że może skorzystać z takiego wsparcia. - Robiłem wszystko, żeby nie pokazać Joasi swojej słabości, ale z perspektywy czasu wiem, że dużo dałoby mi, gdybym mógł wtedy porozmawiać z fachowcem - mówi Robert Szulc Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Dagmara Pakuła, Onet: Czy teraz, po 29 miesiącach od choroby, czujecie państwo, że wasze życie wróciło do normy? Joanna Górska: Ciągle odczuwam skutki uboczne ciężkiego leczenia onkologicznego, nadal mam problemy z koncentracją. Będąc w pracy muszę dokładnie wszystko sobie notować. Chemobrain (zespół łagodnych zaburzeń poznawczych, które towarzyszą pacjentom onkologicznym – red.) to jednostka chorobowa i staram się jakoś z nią radzić. Dalej szybciej się męczę, bolą mnie mięśnie i dochodzą do tego problemy z układem kostnym, ale oprócz tego wszystko jest super. Żyję, funkcjonuję i to jest najważniejsze. Robert Szulc: W momencie, w którym usłyszeliśmy diagnozę ustaliliśmy, że zrobimy wszystko, żeby ta choroba nie zaburzyła naszego dotychczasowego stylu życia. Oczywiście musieliśmy ograniczyć podróże, co nie było łatwe, bo z zawodu jestem podróżnikiem, ale staraliśmy się zachować stare nawyki – spotkania ze znajomymi itp. Od początku wiedzieliśmy też, że Joasia będzie chciała pracować. To była dla niej też forma terapii, praca dawała poczucie, że życie ma rytm, że Asia dalej jest na chodzie. Teraz nasze życie się zmieniło, jest spokojniejsze, ale wciąż po brzegi wypełnione zajęciami. Z tą różnicą, że starannie dobieramy formę i ilość tych aktywności, żeby się nie przemęczać. W tej aktywności skupiacie się głównie na pomocy innym. R. S.: Angażując się w akcje społeczne, wspieramy ludzi, którzy doświadczyli choroby. Joasia jest przykładem na to, że wczesne wykrycie, to życie. Chcemy mówić o tym, że profilaktyka jest niesamowicie ważna i postawiliśmy sobie za cel przypominać o tym. Książka pt. „Dziad. On silny, my silniejsi”, w której opisaliście swoją walkę z chorobą, ma być źródłem inspiracji dla osób, które znalazły się w podobnej sytuacji. Co waszym zdaniem jest najważniejsze, by ułatwić sobie tę walkę, na ile jest to możliwe? Książka nie jest lekka. Niczego tam nie upiększamy, nie pudrujemy. Opowiedzieliśmy to tak, jak to było naprawdę. Nie robimy z „dziada” kumpla i nie dziękujemy za to, co się wydarzyło, chyba zresztą nigdy nie będziemy. Książka może nie być łatwa w odbiorze. Pisząc, zależało mi, żeby podkreślić, jak ważne jest mieć w chorobie silną głowę. Ze wszystkich sił starałam się tego trzymać, a Robert wspierał mnie, dbając o moją psychikę. Starał się nie dopuszczać, by nachodziły mnie czarne myśli. Złożyłam też przysięgę, że nie będę czytać w internecie o chorobie. Zresztą od razu było widać, kiedy zagłębiałam się w ten temat. Zobacz też: Dziesięć osób w małej sali. Tak w Polsce wyglądają dziecięce oddziały onkologiczne Internet był dla mnie największą przeszkodą w budowaniu silnej psychiki Asi. W chorowaniu nie można porównywać poszczególnych przypadków, a kiedy mamy do czynienia z uogólnianiem, jakiego pełno jest w internecie, ma to bardzo złe skutki. To tak mocno wpływa na psychikę, że po zachowaniu Asi doskonale wiedziałem, kiedy przeczytała np. statystyki dotyczące umieralności na trójujemnego raka piersi. Bardzo trudno było mi wtedy zmienić jej nastawienie, a przecież nikt z nas nie ma na imię „statystyka”. Kolejną kluczową sprawą jest, by w czasie, gdy stajemy twarzą w twarz z diagnozą, dokładnie poznać swojego "dziada”. Czasami okazuje się, że wbrew temu, co słyszy się o konkretnym rodzaju nowotworu, leczenie może okazać się mniej drastyczne, niż się wydaje. Grunt to dokładnie zapoznać się ze stanem rzeczy. Jednak to nie do końca jasne, gdzie szukać informacji na ten temat. Powiedzieliśmy już, że internet nie jest odpowiednim źródłem, inni pacjenci również, bo chorób nie wolno porównywać, a lekarzom często brak cierpliwości i empatii. Dlatego najwięcej czasu i atencji trzeba poświęcić na wybór możliwie najlepszego lekarza. Najważniejsi są onkolog kliniczny, który prowadzi chemioterapię i chirurg onkolog, który w razie konieczności przeprowadzi zabieg. Zaraz po diagnozie przeżyliśmy zderzenie z polską służbą zdrowia. Z tym, że podejście do pacjenta często pozostawia wiele do życzenia, z tym jak wyglądają oddziały onkologiczne i ogólnie z realiami chorowania na raka w Polsce. Przeszliśmy całą pielgrzymkę od lekarza do lekarza, zarówno w prywatnych gabinetach, jak i tych z NFZ. Mieliśmy do czynienia z całym wachlarzem fachowców – od tych, którzy użalali się nad moim przypadkiem, przez takich, którzy po zapoznaniu się z wynikami okazywali nawet dziwną ekscytację. Nie widzieli we mnie człowieka, tylko wyzwanie zawodowe, ciekawy przypadek. Z większością z nich, jakkolwiek komicznie to nie zabrzmi, nie czuliśmy chemii. Szukanie odpowiedniego lekarza było długim procesem, aż w końcu znaleźliśmy fachowców, którym mogliśmy zaufać w 100 proc. i nigdy nie zawahaliśmy się, czy była to dobra decyzja. Najgorsze jest to, że pacjenci słyszą wiele mitów dotyczących leczenia. Na przykład, że czerwona chemia jest tak silna, że wypala dziury w podłodze, a co dopiero w organizmie. To opowieści, które mocno działają na wyobraźnię, a nie mają nic wspólnego z prawdą. Pamiętam sytuację, jak na początku, jeszcze przed przyjęciem pierwszej chemii usłyszałam „trzecia to dopiero jest ciężka”. Przez to, choć jeszcze nie doświadczyłam skutków leczenia, ciągle krążyła mi w głowie ta myśl, co wydarzy się przy trzeciej chemii. Dlatego był moment, że bardzo unikałam kontaktu z innymi pacjentami, bo są wśród nich tacy, którzy „licytują się”, kto gorzej znosi leczenie i szukają ulgi w narzekaniu, i tacy, którzy czerpią siłę z tego, że inni znoszą leczenie gorzej od nich. W końcu sama znalazłam grupę kobiet, które podchodziły do leczenia tak, jak ja. Jak do procesu, który jest jedynie jakimś etapem i niedługo się skończy. Moim zdaniem ci, którzy zaczynają leczenie muszą się odpowiednio nastawić, bo to ma wpływ nawet na wyniki badań. Najgorsze wyniki krwi miałam wtedy, kiedy byłam najbardziej załamana i kiedy myślałam, że mogłabym już odejść. W trakcie leczenia zabrałem Joasię na Seszele, żeby miała dodatkowy cel, jakąś motywację. Oczywiście wszystko było uzgodnione z lekarką. Po powrocie Asia miała dużo lepsze wyniki badań z krwi, co też pokazuje, jak ogromny wpływ na organizm ma psychika. Dla osoby wspierającej najważniejsza jest walka o silną głowę osoby chorej. O to, żeby miała wolę walki i żeby nie popadła w apatię. Dążąc do tego, po drodze trzeba po kolei wypełniać wiele drobnych zadań, realizować każdy z punktów leczenia, bo to każdy kolejny krok daje drobne poczucie sukcesu i motywuje. Oczywiście są i bardzo trudne chwile. W naszym przypadku były to święta Bożego Narodzenia. Asia bardzo się wtedy rozkleiła. Dlatego ta walka o jej silną głowę była codziennym procesem, bo każdy negatywny bodziec mógł sprawić, że cała moja praca mogła legnąć w gruzach. Joanna Górska i Robert Szulc J. G.: Pomogło mi przeświadczenie o tym, że to wszystko jest przejściowe i minie. I do tego zadaniowość. Stawianie sobie celów i działanie „od do”. Jeździłam na chemię co środę i życie toczyło się od środy, do środy, z każdą środą bliżej celu. Trzeba też nauczyć się prosić o pomoc. Wiedzieć kiedy odpuścić i bez wstydu przyznać, że nie dajemy rady i poprosić bliskich o wsparcie. Teraz w życiu prywatnym zmieniło się to, że mniej przejmujemy się tym, na co nie mamy wpływu, ale jednocześnie ciągle w głowie jest myśl, że to, co było, może kiedyś wrócić. Na szczęście przeszłam przez psychoterapię, dzięki której potrafię pracować nad swoją wyobraźnią. W razie pojawienia się czarnych myśli potrafię je odgonić, co na początku było bardzo trudne. Paradoksalnie potrzebowałam psychoterapii po zakończeniu leczenia, a nie w czasie jego trwania, bo wtedy skupiałam się na działaniu, a po leczeniu pojawiły się myśli „co dalej”. To był paraliżujący strach, z którym nie umiałam sobie poradzić. Teraz jest o tyle dobrze, że mam narzędzia i wiem, jak radzić sobie z tym stresem. "Osoby, które wspierają, też potrzebują pomocy" Pan również skorzystał z psychoterapii? O tym, że jest ktoś taki jak psychoonkolog dowiedziałem się dopiero po leczeniu Joasi. Wiem, że zdania na ten temat są podzielone, bo znajdą się osoby, które powiedzą, że terapia im nie pomogła. Ze swojej perspektywy żałuję, że nie mogłem wtedy porozmawiać z kimś takim. Osoby, które wspierają, też potrzebują pomocy, bo one biorą na siebie ciężar całej codzienności i zapewnienia choremu przestrzeni do przeżywania choroby. Dochodzi do tego kwestia bycia oparciem psychicznym. W czasie choroby Joasi zmieniłem całe swoje życie, zrezygnowałem z wyjazdów, co było oczywiste, ale jednocześnie nie mogłem pozwolić, żeby moja firma na 10 miesięcy przestała funkcjonować. Nie chciałem też, żeby Kacper, syn Joasi, odczuwał, to, co się działo – żeby musiał np. przestać chodzić na treningi. Trzymałem to wszystko w garści i pamiętam, że kiedy moja mama dowiedziała się o diagnozie Asi, powiedziała „całe szczęście, że ma ciebie”. Każdy widział mnie jako silnego faceta. To fakt, udało mi się nad wszystkim zapanować, ale to nie zmienia faktu, że nawet najsilniejsi ludzie potrzebują w takiej sytuacji wsparcia. Zdarzały się chwile, kiedy zmęczenie i emocje się kumulowały. Robiłem wszystko, żeby nie pokazać Joasi swojej słabości, próbowałem wtedy iść pobiegać albo na szybki spacer i to pomagało, ale z perspektywy czasu wiem, że dużo dałoby mi, gdybym mógł wtedy porozmawiać z fachowcem. Czytaj dalej: Czy Polki powinny obawiać się raka? Niepokojące wyniki Narodowego Testu Zdrowia Polaków 2020 Kiedy byłam w trakcie leczenia, nie dostrzegałam tego, ale z perspektywy czasu widzę, że to ja byłam w centrum zainteresowania. Moje samopoczucie, moja choroba, moja psychika, a Robert musiał radzić sobie ze swoimi emocjami sam. Chcielibyśmy, żeby ludzie uzmysłowili sobie, że kiedy ktoś bliski choruje, choruje tak naprawdę cały związek. Trzeba zwrócić uwagę na całą rodzinę. Tego nikt nas nie nauczy. Tego co mówić, co robić, jak pomóc, a to bardzo ważne, żeby ktoś dał jasne rady, jak postępować z osobą chorą. Wierzę, że w ludziach jest wiele dobra, ale czasami zwyczajnie nie wiemy, jak je przekazać. Napisanie tej książki było dla mnie trudnym doświadczeniem, bo w międzyczasie zdążyłem już wyprzeć wiele zdarzeń. *** Pani Asia nie ukrywa, że w czasie choroby zdarzało się jej powiedzieć panu wiele przykrych słów. Czy to te chwile wyparł pan z pamięci? Jak udało się sprawić, że to nie pozostawiło śladu na waszej relacji? Powtarzałem sobie, że to nie jest Asia. Znałem ją wcześniej i wiedziałem, że normalnie się tak nie zachowuje. W czasie choroby Joasia miewała wahania nastrojów spowodowane leczeniem. Przeżywaliśmy huśtawki od stanów euforii, po smutek. Usłyszałem wiele przykrych słów, których nie da się zapomnieć. Wiele razy Asia zdawała się sama być zaskoczona swoim zachowaniem. Te reakcje były jej obce. Powtarzałem sobie, że to minie, ale też nie byłem bierny. Umiałem na takie zachowanie powiedzieć "stop". I takie "stawianie do pionu" było czasem potrzebne, żeby otrząsnąć Asie z tego, co nią targało. Zobacz też: "Pytali, czemu jestem łysy i podróżuję sam. Mówiłem, że to nagroda za to, że wygrałem życie". Foto: Aneta Zamielska / Materiały prasowe Joanna Górska i Robert Szulc W takich chwilach trudno jest zagłuszyć w sobie poczucie niesprawiedliwości. Tego, że choć podporządkowało się wszystkie swoje plany i przeorganizowało życie pod potrzeby drugiej osoby, doświadczamy od niej czegoś, co boli. To bardzo ważna kwestia. Osobiście nie mam poczucia, że coś mnie ominęło, czy że coś straciłem. Wiem, że realnie tak było, ale nie rozważam tego w tych kategoriach. O tym, jak zmieniło się moje życie w trakcie choroby Asi, myślałem przez pryzmat tego, że są w życiu momenty, kiedy trzeba dać swoje świadectwo człowieczeństwa. To są właśnie takie chwile, kiedy pokazujemy, ile warta jest dla nas druga osoba. Z takim podejściem, nie dotknęło mnie poczucie straty, czy niesprawiedliwości. Polecamy: "Mam raka. Czy urodzę dziecko?" Powiedział pan, że nigdy nawet nie brał pod uwagę odejścia. Ale jest też druga strona medalu. Często po zakończeniu leczenia, osoby, które wygrały z rakiem odcinają się od wszystkiego, co kojarzy się im z okresem choroby. Dotyka to nawet ukochanych osób, które brały udział w tym doświadczeniu. Nie obawiał się pan, że wasz związek nie przetrwa tej próby? Mamy za sobą ciężkie rozwody i różne przeżycia. Nie jesteśmy małżeństwem, nie byliśmy wtedy nawet narzeczeństwem i formalnie nic trwałego nas nie łączyło i obydwoje moglibyśmy powiedzieć "rozstańmy się", ale to byłoby najgłupsze, co moglibyśmy zrobić. To prawda, że po chorobie niemal wszystko kojarzy się z leczeniem. W przypadku Asi dotyczy to nawet dźwięków. Wiedziałem, że i ja w jakimś stopniu się z tym kojarzę, ale prosto mówiąc – nie, nie bałem się porzucenia w czasie leczenia, bo wiedziałem, jak bardzo Asia mnie potrzebuje i w każdej chwili starałem się dawać świadectwo tego, jak bardzo ją kocham. Kiedy zgoliła włosy i cierpiała przez to jako kobieta, całowałem ją po łysej głowie. Po leczeniu nie myślałem w tych kategoriach, chociaż wiem, że było takie zagrożenie. Bliscy osób chorujących łączą w sobie mnóstwo ról: byłem pielęgniarzem, zaopatrzeniowcem, logistykiem i animatorem czasu wolnego. Wiem, jak wiele par rozstaje się po takich doświadczeniach. Gdybym został porzucony, czułbym się fatalnie. To bolałoby najmocniej. Foto: Aneta Zamielska / Materiały prasowe Joanna Górska i Robert Szulc Takie dylematy nas nie dotknęły. Ja natomiast zastanawiałam się, czy Robert będzie w stanie znieść to, że widział mnie w momentach, kiedy w żaden sposób nie przypominałam osoby, w której się zakochał. Kiedy wyłam z bólu, kiedy mnie mdliło. Bałam się, czy to nie jest za dużo, ale jak widać, daliśmy radę. To po prostu trzeba mieć w sercu. Są też mężczyźni, dla których śmiertelna choroba kobiety jest pretekstem do odejścia, a nawet kartą przetargową do tego, by odebrać dziecko. Rozmawiałam z kobietami, które tego doświadczyły i to jest prawdziwy koszmar. *** Stowrzyliście projekt #SilniSobą, w którym pokazujecie historie par, które razem pokonały chorobę. Każdy przypadek jest inny, ale czy jest coś, poza doświadczeniem choroby, co łączy te wszystkie pary? Wszyscy ci ludzie pokazują co to znaczy być silnym sobą. Te pary działają opierając się na wzajemności, świadomości, że gdyby sytuacja się odwróciła, mogliby liczyć na to samo. To też świadomość tego, że przeżywanie choroby w pojedynkę byłoby gorsze. Wszystkie te pary kochają się, wpierają, akceptują. Wiedzą, że dzięki temu, że byli razem, żyją teraz pięknie i udało się im odbudować ich świat. Tak jak my. Przyjęliśmy, że chcemy pięknie żyć i razem się zestarzeć. *** Dzięki psychoterapii Joanna Górska wie, jak radzić sobie ze strachem. Robert Szulc żałuje, że o wsparciu psychologicznym dla bliskich dowiedział się tak późno. Jeśli mierzysz się z podobnymi problemami - nie wahaj się sięgnąć po pomoc. Możesz znaleźć ją za darmo tutaj: Telefon zaufania fundacji "Rak 'n' Roll" (czynny w każdą środę od 19:00 do 21:00) - 604 51 51 51 Stowarzyszenie Unicorn z Centrum Psychoonkologii Odbierz perukę w ramach akcji "DAJ WŁOS!" BOSKIE MATKI - program opieki dla kobiet w ciąży chorych na raka I PO RAKU - program pomocy w powrocie do normalnego życia po chorobie Akcje Joanny Górskiej i Roberta Szulca: Wczesne wykrycie, to życie Akcja #SilniSobą Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz do mnie: @
Wtorek, 11 lutego 2014 (13:23) Na cztery miesiące więzienia w zawieszeniu skazał Sąd Rejonowy w Gorlicach Joannę S. za doprowadzenie w 2010 r. w Bieczu do masowego wyginięcia ok. dwóch milionów pszczół. Stało się to wskutek niewłaściwego przeprowadzenia oprysków przeciw komarom. Joanna S. została uznana winną niewłaściwego przeprowadzenia oprysków przeciw komarom na zlecenie zastępcy burmistrza Biecza. W wyniku użycia niewłaściwego preparatu chemicznego nastąpiło masowe wyginięcie ok. dwóch milionów pszczół. Straty oszacowano na 262 tys. wyroku, który zapadł 3 lutego, we wtorek poinformował rzecznik Sądu Okręgowego w Nowym Sączu Bogdan Kijak. Wyrok jest nieprawomocny Po trzech latach batalii, i dwukrotnym umarzaniu śledztwa przez prokuraturę, uzyskaliśmy korzystny wyrok. Nie jesteśmy ludźmi zemsty, ale to skandaliczne działanie mogło doprowadzić nawet do zatruć ludzi. Mam nadzieje, że wyrok sądu zapobiegnie dalszej bezmyślnej dewastacji środowiska - powiedział prezes Koła Pszczelarzy w Bieczu Lucjan komarów w Bieczu pojawiła się po wiosennej powodzi. Po opryskach okoliczni bartnicy odnaleźli martwe pszczoły. Koło Pszczelarzy w Bieczu złożyło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przeciwko Zastępcy Burmistrza Biecza, który był zleceniodawcą wykonania oprysków przeciw komarom oraz Joannie S. odpowiadającej za niewłaściwe przeprowadzenie przeprowadzonych ekspertyz wynikało, że do oprysków użyto bisentryny, na co wymagana jest zgoda Ministra Zdrowia. Firma wykonująca oprysk nie miała takiej działanie prokuratury, która dwukrotnie umarzała śledztwo, zażalenia składał prezes Koła Pszczelarzy w Bieczu, który w końcu sformułował subsydiarny akt oskarżenia. Akt taki może wnieść pokrzywdzony w sprawach ściganych z oskarżenia publicznego w sytuacji, gdy dwukrotnie odmówi tego prokurator (po uprzednim wykorzystaniu drogi zażalenia sądowego).Furmanek zwrócił uwagę, że w wyniku oprysków wyginęło 358 rodzin pszczelich, a dodatkowo wyginęły dziko żyjące owady zapylające, których nawet nie oszacowano. Korzystny wyrok w sprawie karnej otworzył drogę pszczelarzom do ubiegania się o odszkodowanie przed sądem cywilnym. Pszczelarze z Biecza domagają się zadośćuczynienia w kwocie 262 tys. zł. (jad)
Pół wieku razem to nie przelewki. Takich par w Gorlicach i gminie Gorlice było w tym roku 50. Dodatkowo była też para z 55-letnim stażem i jedna obchodząca jubileusz 60-lecia, czyli diamentowe gody. Dla dwóch par ten rok to 62 lata wspólnej drogi. Żelazne gody, czyli jubileusz 65-lecia pożycia małżeńskiego, obchodziły dwie jubilaci wspólnie świętowali. Odebrali też nadane im przez prezydenta Andrzeja Dudę medale za długoletnie pożycie z najdłuższy stażem to państwo Alfreda i Zbigniew Śliwowie. Mieszkają szczęśliwie i spokojnie w W młodości pracowałem w sklepie - opowiada pan Zbigniew. - Żona obok chodziła do szkoły, potem wracała tą samą drogą. Prawie codziennie zachodziła do mnie i razem wracaliśmy do domu. Ja do Sokoła, gdzie wtedy mieszkałem, a żona do Siar, tam, gdzie teraz jest ulica Kochanowskiego - dodaje z czasem ich spacery zaczęły przeradzać się w randki. Rozmawiali, poznawali się, czuli, że powinni iść wspólną drogą nie tylko do domu, ale też przez całe 15 sierpnia minęła nam już 65. rocznica - opowiadają małżonkowie z uśmiechem. - Jesteśmy tak jak przed laty razem na dobre i na złe. A nasza recepta to wzajemny szacunek i zrozumienie - mają dwóch synów. Obydwaj też mieszkają w Gorlicach: - Dawno już założyli rodziny, ale nasz dom zawsze rozbrzmiewał gwarem dzieci - mówi pani Alfreda. - Mamy czworo wnuków i jeszcze siedmioro prawnuków. Jest się kim cieszyć i kim zajmować. To dla nas wielka radość, każde odwiedziny, wspólne spędzanie czasu - w pogodne dni Alfreda i Zbigniew zajmują się też swoim przydomowym ogródkiem. Coś popielą, doglądają kwiatów na rabatach. Cieszą się jego Trochę mi smutno, gdy patrzę za płot - opowiada pan Zbigniew. - Jeszcze nie tak dawno stał tam piękny budynek, w którym u jego schyłku była mleczarnia, a wcześniej ufundowana przez Władysława Długosza bursa. Żal patrzeć na pusty plac - Zbigniew bardzo interesuje się historią. Pod jego opieką znajduje się przydrożna kapliczka, na której zawisła pierwsza na świecie uliczna lampa Przejąłem opiekę nad kapliczką od mojego taty - relacjonuje. - Zajmuję się nią już od bardzo dawna, chyba od 1956. Wykorzystam okazję i się o nią upomnę. Ona potrzebuje remontu. Przecież można by na niej zainstalować replikę tej pierwszej naftowej lampy, wtedy to byłaby naprawdę turystyczna atrakcja - na którą zaproszono jubilatów, zorganizowali wspólnie Rafał Kukla, burmistrz Gorlic i Ryszard Guzik, wójt gminy Gorlice. To oni byli gospodarzami. Towarzyszyli im szefowie rad, Krzysztof Wroński z Gorlic i Aleksander Kalisz z gminy Gorlice. Gościem była też Danuta Zakrzewska, szefowa Urzędu Stanu Cywilnego i Spraw Obywatelskich w Gorlicach. Było ciasto, tost, kwiaty i życzenia kolejnych jubileuszy. Specjalnie dla jubilatów zaśpiewał zespół Pogórzanie. Były też długie rozmowy i To było dla nas wielkie przeżycie - opowiadają Alfreda i Zbigniew, nie kryjąc wzruszenia. - Piękne miejsce, życzenia, medale od prezydenta. Ale najważniejsze było spotkanie się z naszymi równolatkami. Wielu z nich znamy od lat. To był bardzo miły dzień - dodają. Warto wiedziećRocznice małżeńskie inaczej gody1 - papierowa 2 - bawełniana (niektóre źródła podają odwrotną kolejność pierwszych dwóch rocznic) 3 - skórzana 4 - kwiatowa lub owocowa 5 - drewniana 6 - cukrowa lub żelazna 7 - wełniana lub miedziana 8 - spiżowa, brązowa lub blaszana 9 - gliniana lub generalska 10 - cynowa lub aluminiowa 11 - stalowa 12 - płócienna, jedwabna lub lniana 13 - koronkowa 14 - kości słoniowej 15 - kryształowa lub szklana 20 - porcelanowa 25 - srebrna 30 - perłowa 35 - koralowa 40 - rubinowa 45 - szafirowa 50 - złota 55 - szmaragdowa lub platynowa 60 - diamentowa 65 - żelazna 70 - kamienna 75 - brylantowa 80 - dębowa Gazeta GorlickaKONIECZNIE SPRAWDŹ:FLESZ: Piątka Morawieckiego - nowe obietnice PiS w kampanii
joanna polak gorlice nie żyje